BRAZYLIA 2009 – KATARZYNA I HUBERT BOJANKOWSCY

 

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie oburzona koleżanka Kasia pytając: "Gdzie wy byliście, Czemu nie odbieraliście przez cały weekend telefonu ? Jeśli chcecie możecie lecieć ze mną do Brazylii, musicie decydować się już teraz, bo jutro kończy się promocja na bilety lotnicze". Szybko skontaktowałam się z z mężem Hubertem i w ciągu 5 minut oddzwoniłam do niej mówiąc "Teraz albo nigdy - Jedziemy !". Tego samego dnia mieliśmy kupione bilety i z niecierpliwością czekaliśmy na wylot.

W przeddzień wylotu wsiedliśmy w pociąg relacji Lublin - Szczecin, później ze Szczecina busem do Berlina, następnie samolotem do Paryża, a na końcu w kolejny do Rio de Janeiro. Z powitaniem na lotnisku czekał na nas Patryk (chłopak siostry Kasi), który zabrał Nas do swojej cioci, mieszkającej na Copacabanie, gdzie gościliśmy przez okres pobytu. Tym sposobem już po 34 godzinach mogliśmy rozpakowywać nasze walizki ciesząc się 1,5 tygodniowym pobytem w Brazylii.

Pierwszy dzień w Mieście Boga poświęciliśmy na zwiedzanie plaż uznawanych za najpiękniejsze na Świecie. Spacerując Copacabaną, podziwialiśmy piękno oceanu oraz szczególnie wysokie fale, wkrótce doszliśmy do Fortu Rio de Janeiro, graniczącego z drugiej strony z Ipanemą. W Forcie można było zwiedzić Muzeum Artyleryjskie oraz kompleks wielkich dział broniącymi kiedyś Rio.

  

 

Wieczorem przy szklance Capirinni (drink na bazie alkoholu z trzciny cukrowej), za namową Patryka i jego ciotki zdecydowaliśmy, że następnego dnia pojedziemy na wyspę Ilha Grande.

Nazajutrz wsiedliśmy w autobus i pojechaliśmy do Angra dos Reis po drodze oglądając z bezpiecznego miejsca za szybą pojazdu jak wygląda życie w biednych częściach Rio de Janeiro tzw, favelach. Ciągnący się przez kilkanaście kilometrów widok osiedli z czerwonej cegły, obsmarowanych dużą ilością graffiti był niesamowity. Dużo budynków na swoim dachu posiadało duże niebieskie pojemniki na wodę. W ciągu dnia woda w nich gromadzona, ogrzewana promieniami słońca, pozwala domownikom faveli korzystać z ciepłego prysznica.

Wracając do podróży, firmy transportowe w Brazylii zatrudniają szalonych kierowców, którzy nie przejmują się ani ostrymi zakrętami, ani dużymi spadkami terenu, tylko pędzą co sił do przodu. Kurczowo trzymając się siedzenia po 2 godzinach dojechaliśmy do celu. Wysiadając z autobusu zaczepiła nas Brazylijka, proponując wspólny kurs taksówką do portu, po to aby zdążyć na wodolot do miejscowości na wyspie - Fila do Abrao. Niestety nie zdążyliśmy na szybki statek, ale w zamian za to mieliśmy okazje popłynąć bardzo wolnym niekomercyjną barką, która oprócz ludzi transportowała na wyspę żywność do sklepów, materiały budowlane, sprzęt AGD i wszystko inne czego dusza zapragnie. Gdy statek zacumował na wyspie, wszyscy szykowali się do wyjścia, ale w pierwszej kolejności w ruch poszły drzwi, taczki, żywność oraz inne niezbędne do życia przedmioty, później ich właściciele, a na końcu garstka turystów .

 

Niestety Ilha Grande przywitała nas deszczem (w końcu nie ma się czemu dziwić, przecież jest czerwiec, czyli sam początek brazylijskiej zimy).

Następnego dnia słońce nas jednak nie zawiodło. W trakcie porannego spaceru stwierdziliśmy, że jesteśmy w raju. Na wyspie nie było asfaltu i samochodów za wyjątkiem śmieciarki i radiowozu policyjnego. Po plaży spacerowały ptaki, wyglądające jak krzyżówka kruka i indyka, na drzewach rosły banany i skakały małpy, dookoła błękitny ocean, a brzeg wyspy zamieszkały był przez rozgwiazdy, koralowce i kolorowe ryby.

 

Idąc przed siebie doszliśmy do małej nadbrzeżnej chaty, gdzie życzliwi tubylcy poczęstowali nas bardzo mocną i bardzo słodką brazylijską kawą - cafezinho. Woda była ze strumienia, wypływającego z tropikalnego lasu poprzez łodygę bambusa. Kasia postanowiła pohuśtać sie na lianie zwisającej z drzewa, przy okazji znalazła kurze jajko. Tubylec najpierw wskazał na jajko, a następnie na małe kurczaczki, uświadamiając nam, że kura bierze się z jajka. No przecież skąd mogliśmy to wiedzieć?, Jesteśmy tylko mieszczuchami z Europy.

Tego samego dnia popłynęliśmy jednodniowym rejsem z prostym sprzętem do nurkowania na wycieczkę po plażach wyspy. Na trasie naszej przejażdżki znajdowały się m.in. Lagoa Azul - Błękina Laguna, gdzie podziwialiśmy bogactwo kolorów i kształtów podwodnego świata, Freguesia de Santana z uroczym kościółkiem oraz najwyższą palmą na wyspie, a także plaża Japariz. Piękno podwodnego świata oglądanego na Lago Azul zapierał dech w piersiach. Kolorowe rybki, kraby oraz koralowce wywarły na nas wielkie wrażenie, szkoda tylko że przystanek w tym miejscy trwał tylko godzinę.

Nazajutrz za namową Pani z taksówki, pomimo braku odpowiedniego obuwia, wybraliśmy się na pieszą wycieczkę przez tropikalny las na plażę Lopez Mendes. Plaża znajduje się po drugiej stronie wyspy więc wędrówka trwała trzy godziny w jedną stronę. Przez całą wycieczkę na szlaku spotkaliśmy tylko jedną osobę. Lopes Mendes jest to plaża znajdująca się na otwartym oceanie i jest rajem dla surferów. Plażę tą mogę z czystym sumieniem określić jako 10 razy piękniejszą niż Ipanema i Copacana razem wzięte.

Tego samego dnia wróciliśmy do Rio de Janerio, po pysznej zupie marchewkowej ciocia Patryka zabrała nas na wycieczkę po mieście, aby pokazać jak bawi się Brazylia w sobotni wieczór. Odwiedziliśmy najsłynniejsze lokale Rio: Clube Dos Democraticos, Rio Scenarium i Carioca da Gema. Wrażenie było niesamowite, w klubach było mnóstwo ludzi, przed knajpami także, wszyscy śpiewali i tańczyli sambę. Brazylijczycy urodzili się, po to aby tańczyć. Byliśmy także przy Lapa, w miejscu, gdzie bawią się ludzie z faveli. Przeraziła nas tylko ilość policji stojącej na ulicy lub siedzącej w policyjnych samochodach z wystawionymi przez okna lufami karabinów.

Przed wyjazdem słyszeliśmy opinię, że Brazylia jest krajem kontrastów. W Rio de Janerio na każdej ulicy śpią bezdomni. Dookoła turystów kręci się mnóstwo dzieciaków żebrzących pieniądze. Jeśli obdarujesz jednego realem (waluta w Brazylii) zaraz przybiegało dziesięciu innych. Każdy apartamentowiec jest okratowany i posiada stróża. Będąc na plaży, nie było 5 minut, aby ktoś Cię nie zaczepił próbując coś sprzedać lub prosił o pieniądze.

Następnego dnia Patryk zabrał nas na urokliwe ranczo oddalone ok. 50 km od Rio, gdzie pobierał lekcję nauki jazdy konnej. Poznaliśmy tam żonę właściciela, która była Mistrzynią Świata w łapaniu owiec na lasso. Oprowadziła nas po stadninie i pokazała swoje cenne trofea.

Po nauce jazdy pojechaliśmy do Arraial do Cabo, gdzie wynajęliśmy małą łódkę. Płynęliśmy najpierw po lagunie, podziwiając słynne plażę Ilha do Farol oraz Praia Brava, aby następnie wypłynąć na otwarty ocean. Podróż w tak małej łódce pomiędzy wysokimi falami podniosła nam poziom adrenaliny. Chwilami, gdy znaleźliśmy sie pomiędzy dwiema falami nie było widać niczego oprócz wody. Arraial do Cabo słynie z najczystszych wód w regionie, co chwile widzieliśmy ogromne żółwie, które unosząc swoje łebki na powierzchni nagle chowały się w głębiach oceanu. Dookoła otaczały nas skały porośnięte kaktusami. Plaże świeciły pustkami, no bo kto przyjeżdża opalać się w zimie nawet jak jest 28 C.

Oprócz nas na pokładzie znajdowała się ekstra pasażerka, która chciała wysiąść na fermie ostryg. Gospodarz fermy życzliwie nas przywitał i pokazał nam jak hoduje się ostrygi, opowiadał o pracy na fermie, dowiedzieliśmy się, że każda muszla musi być raz na dwa tygodnie oczyszczona, aby nie rozwijały się pasożyty. Na końcu poczęstowano nas tym wyjątkowym specjałem przeznaczonym dla bogaczy, Hubert zjadł surowa ostrygę, a my z Kasią poprosiłyśmy o gotowane. Po 10 minutach dostałyśmy garnek gorących ostryg. Dowiedzieliśmy się także, ze w Brazylii jest tylko 5 takich ferm, a my właśnie na jednej z nich gościmy. W prezencie dostałam worek muszelek, które teraz zdobią akwarium mojej siostry.

 

Kolejne dwa dni spędziliśmy w Rio de Janerio, gdzie zwiedzaliśmy stałe turystyczne atrakcje tj. Urca, Sugar Loaf (Głowa Cukru), Cristo Redendor (Pomnik Chrystusa Zbawiciela). Partyk zabrał nas na mecz Flamengo - Internacionale, który rozgrywał się na słynnym stadionie Maracana, który pomimo, że w znacznej części był pusty i tak zrobił na nas wielkie wrażenie. Brazylijczycy kibicują w rytmie samby, a przy tym tańczą i wymachują wielkimi flagami.

Po meczu Patryk chciał urozmaicić wieczór pokazując nam szkołę samby mieszczącą się na jednej z faveli. Wjechaliśmy tam samochodem i nagle okazało się, że zgubiliśmy drogę. W pewnym momencie na środek ulicy weszło dziecko, Patryk raptownie zahamował, zalewając się potem. Dziecko uciekło, a my pojechaliśmy dalej. Następnie dogonił nas skuter, który jechał równo z nami, a na nim siedziały dwie osoby. Patryk oznajmił, że zaraz dostanie zawału serca i przyśpieszył. Przedstawił nam scenariusze napadów na samochody w tej dzielnicy. Zdarzają się sytuacje, gdy na środek ulicy wychodzi dziecko, samochód się zatrzymuje, z boku podchodzi mężczyzna, przystawiając kierowcy pistolet do głowy zabiera poazd. Innym razem, pasażer skutera jadącego równo z samochodem wyciąga pistolet i zmusza prowadzącego do oddania swojego auta. Samochody w Brazylii zaopatrzone są w specjalne zabezpieczenia które w razie takich kradzieży, po 5 minutach gasną, a właściciel ma czas na ucieczkę i poinformowanie policji.

Po powrocie do mieszkania cioci przeglądając przewodnik po Brazylii, postanowiliśmy, że następnym celem naszej podróży będzie Park Narodowy Itatiaja. Po raz kolejny wsiedliśmy do szalonego autobusu i udaliśmy się w kierunku parku. W Rio wsiadając do autobusu byliśmy tym razem legitymowani i badani wykrywaczem metali. Już na miejscu, dwie godziny jazdy od Rio poznaliśmy uroki brazylijskiej wsi. Nikt nie mówił po angielsku, a my zapomnieliśmy zabrać portugalskie rozmówki. Udaliśmy się więc do szpitala mając nadzieję, że znajdzie sie ktoś mówiący po angielsku. W szpitalu poznaliśmy Ricardo, szpitalnego informatyka, który wydobywał z siebie jedno zdanie na minutę, ale szło się z nim dogadać. Ricardo podwiózł nas do pobliskiego pensjonatu, gdzie po zameldowaniu ruszyliśmy w stronę parku, wypatrując mającego tam jechać autobusu. Autobus oczywiście nie nadjechał pozostały nam własne nogi i długi spacer. Idąc w kierunku parku mieliśmy okazję zobaczyć krowy z garbami, a także kolonię mrówek, z których każda niosła kawałek liścia który był od niej dwa razy większy. Przekraczając bramę parku dowiedzieliśmy się, że mamy tylko 3 godziny na zwiedzanie. Park zamykany jest o 17 i należy zakończyć wszelkie spacery ze względu na zapadający zmrok i grasujące tam drapieżniki – lamparty itp.

Po wejściu usilnie wyglądaliśmy ścieżek turystycznych lub opisywanych w przewodniku wodospadów, jednak za wyjątkiem gorącego asfaltu nic tam nie było a odległości pomiędzy atrakcjami były duże. Ku naszemu zdziwieniu wewnątrz parku poruszały się samochody, więc postanowiliśmy złapać stopa. Zatrzymała się młoda kobieta, która uświadomiła nas, że park Itataja jest największym parkiem w Brazylii i obejmuje, las pierwotny występujący jeszcze tylko na 8% powierzchni kraju. Miła Pani zawiozła nas 10 km w górę do najbardziej znanego wodospadu, gdzie zaczekała, aż go w ekspresowym tempie zwiedzimy i zjechaliśmy z powrotem 5 km w dół do muzeum, skąd miał odjeżdżać autobus. Zwiedziliśmy muzeum i jeszcze jeden wodospad.

Ze względu na brak autobusu ruszyliśmy w drogę powrotną, podziwiając widoki i pierwotną roślinność parku. Na szczęście nie spotkaliśmy żadnego drapieżnika, ale widzieliśmy kolibra, którego niestety nie udało się nam sfotografować.

 

Nazajutrz poszliśmy ponownie do Ricardo, który zaproponował podwózkę do finlandzkiej wioski Penedo. Wioska, w której w latach 50-tych osiedlili sie Finlandczycy charakteryzuje się typową skandynawską architekturą. Bez skutku jednak wypatrywałam białych jasnowłosych i niebieskookich mieszkańców. Zwiedziliśmy muzeum Finlandii, fabrykę pysznej czekolady, a także przepiękne wodospady. Gdyby nie 30 C i otaczająca nas przyroda czułabym się jak na półwyspie skandynawskim.

 

 

W ostatni dzień pobytu zwiedzaliśmy pobliskie miasto Petropolis. Brazylijska zima w końcu pokazała nam swoje pazurki. Po godzinie zwiedzania rozpadał się deszcz, temperatura spadła do 17C, ja w bluzce na ramiączkach, a dookoła mnie szczęśliwi Brazylijczycy którzy w końcu mogli użyć swoich czapek, rękawiczek i grubych kurtek.

Następnego dnia opuszczamy „zimową” Brazylię i wracamy do letniej Polski zatrzymując sie na 12 godzin w Paryżu celem zwiedzania. Tym razem podróż do domu trwała 52 godziny.

Nasza wyprawa od początku utrzymywała charakter spontaniczny, jednego dnia nie wiedzieliśmy co będziemy robić następnego. Uważamy, że był to że życiowy bonus. Chowając paszport do szuflady czekamy na następną podróż. Ooooo dzwoni telefon, to znowu Kasia, ciekawe gdzie tym razem polecimy?